Pamietam jak prosilam mame o zgode na chodzenie na treningi ( wiazalo sie to z duzym zaangazowaniem ze strony rodziny, ktora wozila mnie na treningi na AWF). Powiedziala: "ok, jezeli chcesz, tylko pamietaj zawsze bedzie najpierw trening i jezeli starczy czasu i sil dopiero kolezanki lub dyskoteka i pamietaj, ze katar to nie choroba". Mysmy z bratem zreszta nigdy nie chorowali, bo jak smiala sie mama, nikt nie mial w domu czasu na takie glupoty. No coz pruska szkola. A ja konsekwentnie do dzis - najpierw trening. Szkole podstawowa szczesliwie ukonczylam pilnie trenujac i idac w slady brata rozpoczelam nauke w OLPI, czyli Ogolnoksztalcacym Liceum Programow Indywidualnych.

Gdybym do tego momentu juz nie lubila chodzic do szkoly, to tu w OLPI napewno bym polubila. Do dzisiaj trwaja przyjaznie szkolne i smiem twierdzic, ze wiele ludzi dzieki tej szkole jest zdrowszych i mniej nerwowych. W post PeReLowskich Liceach wialo wtedy jeszcze groza i raczej tlamszono indywidualnosci. U nas w OPLI bylo inaczej - za co dziekuje tworcom tej szkoly, jej nauczycielom i moim rodzicom, ze pozwolili mi do niej chodzic.
W prawie wszystkie piatki wyjezdzalam na zawody i wracalam z reguly w poniedzialek wieczorem. Szkola nie mogla mi sie wiec znudzic, bo chodzilam do niej od wtorku az do czwartku. Wszystkim moim nauczycielom, a szczegolnie wychowawczyni pani Ani i dyrektorowi panu Piotrowi naleza sie pomniki za zycia. Krotko przed matura stracilam fason i poprosilam mame o korepetycje. Ona na szczescie nie dala sie zwariowac i powiedziala, ze mam byc do konca konsekwentna i skoro 11 i pol roku sie nie uczylam, to lepiej zebym nie zaczela, bo to moze byc zbyt mocne doznanie i mozna sie dowiedziec, co sie nie wie i to moze byc problem.