Kontuzja

13 styczeń 2012 - piątek

Kontuzja (ale błagam nie wierzcie w omen trzynastego w piątek). I to w moim ukochanym Gdańsku, podczas walki o finał z moją ulubioną koleżanką Magdą Knop.

Minęły 3 godziny. Jestem w drodze do Warszawy (bo tam teraz mieszkam), a jeszcze słyszę ten zgrzyt w kolanie. I to pytanie. czy to już koniec. ?

Póki co czekam.


Ateny

31 grudzień 2011

Mam za sobą wspaniały rok.

Moja rodzina znacznie się powiększyła, bo o moją nową, wielką, grecką rodzinę, którą w moje życie wniósł mój mąż Janis oraz o chrześnicę Oliwię, która jest córeczką Ani i mojego brata Michała.  Były więc chrzciny. Były i wesela (nie tylko moje). Było dużo pracy i głównie wzloty. Trudne sprawy pomijam, by nie dawać im energii. Robią to za mnie media i starczy!
Spędzam mojego pierwszego Sylwestra z rodziną męża i naszymi przyjaciółmi w Atenach. Święta były w rodzinnym Gdańsku z najbliższymi: rodzicami, babcią, mężem i przyjaciółmi.

Wszystkim Bliskim rozsianym po całym świecie i wszystkim którzy czytają te słowa życzę pomyślności w nowym 2012 roku.

Ja w tym Nowym Roku chcę zawalczyć o Londyn. Trzymajcie kciuki!


Zawiadomienie

14 listopad 2011

Witam wszystkich, którzy od czasu do czasu zaglądają na ta stronę. Jak widzicie 12 listopada nastąpiła duża organizacyjna, życiowa i szczęśliwa zmiana w moim życiu.

Napiszę bardzo krótko i nieskromnie, że na tak cudnym weselu jak moje własne to jeszcze nie byłam.


Oj działo się, działo!

28 październik 2011

Długo zbierałam się do napisania kolejnego akapitu w „aktualnościach”. Nie, żeby nie było o czym…! Wręcz przeciwnie! Oj działo się, działo!

Chciałam po prostu – nim coś napiszę – nabrać dystansu do własnego życia.
W ostatnim wpisie donosiłam m.in. o założeniu fundacji. Fortuna kołem się toczy i ten etap właśnie dobiegł końca. Przekazałam fundację do prowadzenia grupie niepowtarzalnych zapaleńców i działaczy. Nie jest ona już imienia Magdaleny Mroczkiewicz, bo nie sprawdziła się moja idea wspierania głównie floretu. Okazało się, że gdańskie środowisko szermiercze nie przyjęło tej idei z entuzjazmem, co ja postanowiłam uszanować.

W tym miejscu serdecznie dziękuję wszystkim, którzy ze mną opuścili fundację, by zająć się innymi zadaniami i jednocześnie gorąco gratuluję tym, którzy po bardzo udanej II edycji konkursu „Odkrywamy talenty na Pomorzu” postanowili dalej pracować przy III edycji.
Chodzi jeszcze strona www.fundacjamagdy.pl  gdzie można znaleźć informacje o konkursie i jego finale.

Fundacje opuścili:
  • moja mama, bo na jej drodze stanęło nowe, ważne, bardzo absorbujące zadanie
  • Ewa Obst, która zajęła się rozwojem własnego salonu artystycznego,
  • Kris Król, któremu obowiązki nie pozwoliły podjąć pracę w zarządzie fundacji
  • Leszek Blanik, który dokonał kolejnego zwycięskiego skoku i wylądował w ławach sejmowych.

Jestem z nich wszystkich dumna i cieszy mnie ten ich nie gasnący, niespokojny, pchający do przodu duch i cieszę się, że choć przez chwilkę było nam razem po drodze. Dziękuję za to, co wnieśliście  do mojego życia, za to co daliście z siebie dzieciakom i ich rodzicom w fundacji, a teraz życzę powodzenia w tych nowych zadaniach. Najlepszego!
Romkowi Liebrechtowi zaś, który postanowił przejąć dowodzenie fundacją  - choć jeszcze nie zdradza nowej nazwy fundacji – życzę kolejnych udanych konkursów, wielu sponsorów, dużo zdrowia i pomyślności.

Największe i najserdeczniejsze podziękowania chciałabym jednak skierować do Iwony Chojnackiej, szarej eminencji fundacji, która dzierżyła wszystko żelazną ręką, począwszy od tworzenia strony, prowadzenie jej,  po koordynowanie wszystkich działań konkursowych. Ona zawsze mówiła do nas spokojnie, stanowczo, ale szeptem i z uśmiechem, co zapadało nam w serca i kazało wszystko rzucać, by zająć się fundacją. Wyjątkowy człowiek i prawdziwa opoka fundacji. Iwonko – trzymam kciuki za kolejne edycje „talentów”, których nie potrafię sobie wyobrazić bez Ciebie.


...ku pamięci Nurowskiego

26 wrzesień 2011

Wczorajsze 8 km Biegu Olimpijskiego ku pamięci Nurowskiego - w mistrzowskim towarzystwie moich kolegów olimpijczyków - w ramach 33 Maratonu Warszawskiego ukończyłam.

Dziękuję za doping i wsparcie.


Magdalena Mroczkiewicz

02 październik 2010

Wracam! Wracam do sportu po 20 miesiącach przerwy. Przez pierwsze miesiące po zakończeniu kariery sportowej myślałam, że to się nie może wydarzyć. Byłam zmęczona i zniechęcona brakiem wyników. Co prawda odeszłam jako aktualna drużynowa mistrzyni świata w drużynie, ale tak naprawdę - i ja niestety to czułam - w cieniu niepowodzenia z Pekinu. Te 20 miesięcy bez aktywnie uprawianego sportu, były miesiącami w którym nadal poruszałam się w świecie sportu. W tym czasie mieszkałam krótko w Sopocie, krótko w Olsztynie i prawie rok w Warszawie. Będąc w Warszawie współpracowałam trochę z PKOL-em, HMI - moim wiernym sponsorem, aż w końcu założyłam firmę Sport PRO, która zajmowała się marketingiem sportowym. No i tu się okazało, że to u nas temat ugór.

Na bazie tych doświadczeń z mamą i przyjaciółmi założyliśmy fundację mojego imienia, która ma za  główny cel wyłanianie młodych talentów i to nie tylko sportowych. Podtytuł naszej fundacji to Sport-Kultura-Sztuka. W Fundacji zaczynamy skupiać bardzo wpływowych ludzi z wszystkich dziedzin sportu, no i co ważne ze świata biznesu. W różnych polskich miastach mamy już swoich ambasadorów w poszczególnych dziedzinach, którzy będą nam pomagali przy wyłanianiu talentów oraz przy ich pielęgnowaniu. Bierzemy na siebie trudne zadanie pozyskiwania fundatorów i darczyńców, ale zapewniam niedowiarków, którzy przyglądają się naszym działaniom z powątpiewaniem, że odniesiemy sukces. Nasz team to gwarantuje!

Z założeniem Fundacji zbiega się mój powrót do czynnego uprawiania sportu i codzienne treningi. Mam z tym tylko jeden problem, a jest nim własna świadomość odpowiedzialności za podjętą decyzję. Wiem, że wiele osób się temu przygląda i chcę wierzyć, że z życzliwością. Jestem już nienajmłodszą zawodniczką, ale za to wiem czego dotychczas podczas uprawiania tego sportu mi brakowało. Przez te 20 miesięcy zmieniła się też szermierka. Stała się szybsza i bardziej siłowa. Mam nadzieje, że moi trenerzy plus moja determinacja oraz życzliwość drużyny szybko zamienia się na kolejne sukcesy.

Trzymajcie kciuki!!!


To już dwadzieścia lat...

18 luty 2009 ...i nie minęły jak w piosence "...jak jeden dzień". Żyłam bardzo długo w rytm lekcji, treningów, obozów sportowych i zawodów. I jeszcze przez jakiś czas w porze treningów będę zerkać na zegarek. Nie zawsze miałam dystans do tego co robiłam, ale zawsze łączyłam miłość do sportu z lojalnością wobec drużyny, trenera i sponsorów . Nie było to zbyt trudne, bo w sumie więcej było radosnych chwil chwały, niż smutnych porażek. Nawet w przypadku tych drugich zawsze znajdowałam oparcie w najbliższych, co pozwalało niepowodzenia przyprawiać dobrocią, a otrzymywane porcje czułości i wyrozumiałości uskrzydlały do kolejnych wyzwań. Przy wielu kontuzjach jakie miałam, należałam do tych szczęśliwców, którzy dosyć szybko "otrzepywali pióra" i podejmowali kolejne przysłowiowe rękawice.

Wielokrotnie w ciągu ostatnich tygodni pytano mnie dlaczego akurat teraz rozstaję się z szermierką. Odpowiadając ubierałam to w racjonalne przesłanki, ale jak się dobrze zastanowię to głównie dlatego, że teraz jestem szczęśliwa i w takim momencie łatwiej zamknąć ten bogaty rozdział mojego życia. W tym roku kończę trzydzieści lat, z czego większość spędziłam dla planszy szermierczej. Osiągnęłam w sporcie bardzo wiele i należę do tych spełnionych sportowców, którym wielokrotnie grano Mazurka Dąbrowskiego. Nigdy nie zapomnę tego pierwszego, kiedy zostałam podwójną mistrzynią świata w Kesztely, już zawsze będzie mi towarzyszyło wspaniałe uczucie wspinania się na podium po kolejne medale mistrzostw Polski, Europy i świata. Nic nie przebije dumy ze zdobycia medalu olimpijskiego w Sydney. Uprawiając szermierkę dorastałam, dojrzewałam, poznawałam ludzi i świat. W tej drodze towarzyszyli mi wspaniali sprzymierzeńcy i doskonali przeciwnicy. Wszystkim IM zawdzięczam wspaniałą drogę życiową i wiele wzruszeń.

To teraz doskonały moment by podziękować współautorom tej drogi. Nie byłabym dzisiaj tym kim jestem, gdybym kiedyś nie poszła do "Siedemdziesiątki" - zwanej kuźnią talentów szermierczych. To tam zauważyli mnie trenerzy Longin Szmit i Tadeusz Pagiński. To oni pierwsi we mnie uwierzyli, a Tadeusz Pagiński bardzo szybko wziął mnie pod swoje skrzydła i towarzyszył do końca mojej drogi przez plansze szermiercze Polski, Europy i świata. Kiedy byłam juniorką kadrę prowadził pan Robert Mrozowski. W tej szkole spotkałam wiele wspaniałych dziewczyn. Nie wszystkim dane było stanąć razem ze mną na podium, ale wszystkim im zawdzięczam moje sukcesy. Z Anią Rybicką, Sylwią Gruchałą, Kasią Kryczało, Karoliną Chlewinską i Magdą Knop stawałam na wielu podiach świata i kraju. Spoza "Siedemdziesiątki" do medalowej drużyny dołączyły Barbara Wolnicka i Malgosia Wojtkowiak. Razem trenowałyśmy, razem się śmiałyśmy, razem schylałyśmy głowy gdy nakładano nam medale, razem dzieliłyśmy porażki i wspólnie motywowałyśmy się do kolejnych działań. Spędzałyśmy ze sobą więcej czasu niż z rodziną, sympatiami, a bywało, że więcej niż w szkole. Magda Knop, już po podjęciu przeze mnie decyzji o odejściu od czynnego uprawiania sportu uzmysłowiła mi, że z nikim nie spędziła tyle nocy co ze mną i z nikim nie przegadała tylu godzin. To najlepiej świadczy o tym jak wielką zażyłość osiąga się w tej sportowej rodzinie.

Chciałabym również podziękować dobrym duchom naszego floretu. Mam tu na myśli tych, którzy nie zawsze są widoczni, tych o których rzadko się pisze. Dziękuję panie Marianie Mojski. Bez przygotowanych przez pana floretów nie byłoby tych sukcesów. Dziękuję Ryszardowi Sobczakowi, który potrafi być wyjątkową i niepowtarzalną mieszanką opiekuna i przyjaciela. Rysiu jesteś jedyny w swoim rodzaju. Dziękuję najbardziej udanej mieszance sportowych zapaleńców i jednocześnie sponsorów jakimi są Cezary Sies i Tadeusz Tomczak. Bez Was nie byłoby naszych sukcesów i świat mniej by o nas wiedział. Jesteście dla mnie wyjątkowymi ludźmi, którzy dzieląc się tym co sami osiągnęli, namnożyli i zdobyli pomagają innym w drodze po sportowe laury. Dziękuję również "Teosiowi", czyli Rafałowi Zakrzewskiemu za te "ręce, które leczą". Teoś, bez Ciebie życie - dosłownie , nie w przenośni - bardziej by bolało. Dziękuje wszystkim moim wyrozumiałym nauczycielom, którzy potrafili zrozumieć, że może być coś ważniejszego od ich przedmiotu. Tu wielki ukłon w stronę Liceum Programów Indywidualnych i AWFiS. Szczególne podziękowania kieruję do profesora rektora Wojciecha Przybylskiego za wypowiedziane kiedyś zdanie, które dodało mi skrzydeł.

Dziękuję też tym, bez których sport w dzisiejszych czasach nie ma racji bytu - czyli wszystkim sponsorom. Było ich wielu, ale szczególnie chciałabym wyróżnić Gestrę, która wspierała floret gdy jeszcze nie miałyśmy medali, Bank PKO BP, HMI i Sietom, który nie ustaje w popularyzowaniu tego pięknego sportu. Dziękuję również mediom, które towarzyszyły nam w blasku fleszy, ale również kibicowały w trudnych momentach. Wreszcie dziękuję Polskiemu Związkowi Szermierczemu i Polskiemu Komitetowi Olimpijskiemu. Trudno w tak krótkim tekście oddać wszystkim sprawiedliwość, wyrazić wdzięczność wszystkim, którzy na to zasługują. Chcę jeszcze podziękować wszystkim kolegom i koleżankom podpowiadającym przy planszy, bez których byłoby mniej wygranych walk. Dziękuję także sprawiedliwym sędziom, bo to trudny do sędziowania sport. Na zakończenie zaś dziękuję tym bez których nie ma sportu - kibicom. To dzięki Wam mamy siłę wychodzić na planszę gdy bolą mięśnie, dokuczają kości, a czasem uwiera dusza. No i jeszcze trochę "prywaty". Dziękuję mamie i tacie, babciom i dziadkom, a także bratu. Długo by opisywać za co. Oni to wiedzą, więc krótkie dziękuje w tym miejscu wystarczy. Zupełnie ostatnie podziękowanie kieruję do Łukasza......On też będzie wiedział za co mu dziękuję.

Magda Mroczkiewicz "Mrówa"


Po przerwie...

2 grudzień 2008 Treningi już w toku. Emocje olimpijskie opadły. Pierwszy po przerwie obóz sportowy w Cetniewie za mną, a pierwszy w sezonie Puchar Polski przed nami. Życie znowu zaczęło się składać z lekcji i treningów, starych twarzy i nowych uczuć. Z radością teraz oczekuję świąt i tej z nimi związanej niesamowitej atmosfery, która czyni świat piękniejszym. Potem to już tylko mały krok do Nowego Roku, zaraz za chwilkę Wielkanoc, wakacje i znowu Boże Narodzenie. W ten sposób ani się człowiek spostrzeże jak znowu zacznie się ścigać o miejsce w ekipie na następną olimpiadę. Ważne, żeby w tym wszystkim nie zgubić dobrych uczuć, dostrzec przyjaciół i cieszyć się każdym dniem. A czas... no cóż niech leci dalej, byle nasz zegar życia odmierzał między pracą i nauką też szczęśliwe godziny.


Pekin

31 lipiec 2008 Dziekuję wszystkim tym, którzy trzymali kciuki za moją kwalifikację olimpijską. Jadę, jadę, jadę, a raczej lecę. Jutro Warszawa i przysięga olimpijska, a w sobotę lot do Pekinu. Do zobaczenia na stadionie - będę Wam machała. Teraz dalej trzymajcie kciuki i to jeszcze mocniej.


Olimpiada

17 kwiecień 2008 Należę do tych szczęśliwych sportowców, którzy w roku olimpijskim mają szanse wziąć udział w tym wielkim wydarzeniu. Nasza drużyna zakwalifikowała sie na olimpiadę zdobywając mistrzostwo świata, ale indywidualnie musimy się kwalifikować startami w niektórych zawodach.

No i właśnie... - sprawdza sie przysłowie, że nie wystarczy być dobrym, trzeba jeszcze mieć szczęście więc już więcej nic nie pisze po prostu trzymajcie kciuki!!!!


Dzień po powrocie z Igrzysk

Gdańsk 19 sierpień 2008 Igrzyska, radosc, wspaniale spotkania, oczekiwania, nadzieja, walka, rozczarowania i bezsilna zlosc. Ta szeroka gama uczuc stala sie moim udzialem na tej Olimpiadzie.

Teraz po powrocie moge przyznac, ze bylam pewna medalu w druzynie i to lepszego niz brazowy oraz ze liczylam na medal indywidualny. Podstawy do tego dawalo mi nie tylko moje dobre i solidne przygotowanie, ale tez opinia fachowcow i wiara bliskich oraz kibicow. Wierzyli w nas Ci co sie na tym znaja i maja do tego mniej emocjonalny stosunek niz ja, bezposrednio w to zaangazowana. A tu - no coz... okazalo sie, ze poprostu mamy pecha.

Przegralysmy jednym punktem wejscie do strefy medalowej. Z kim? - z tymi co nie bronily pozycji i nie byly obciazone oczekiwaniami swojego otoczenia. One byly w tym pieknym dla sportowca momencie, kiedy nie ma sie nic do stracenia, a wszystko przed soba. Pamietam to uczucie z Sydney.

Prosze mi wierzyc, ze nadal jestesmy technicznie tak samo dobre, albo jeszcze lepsze. Medal byl w zasiegu reku - tak blisko... i sie rozmyl i natychmiast zabraklo "ojcow sukcesu", a pojawili sie "ojcowie sensacji". Pytam sie po co? Pare slow podsumowania by starczylo i za tym oczekiwalabym gruntowna analize przyczyn.

Druzyna to jeden zgrany organizm, w ktorym wszystkie ograny musza byc wydolne, a najlepiej jezeli sa w swietnej kondycji. No coz zdarzaja sie jednak i "zawaly". No i o taki "zawal" sie tym razem potknęłyśmy- kazdemu przyznaje się prawo do bledow i potkniec.

Z jednej stropny przykry jest ten caly rejwach, ktory wkolo nas powstal po przegranej, a z drugiej strony swiadczy on o tym, ze znalazlysmy swoje miejsce w historii sportu. I choc nie wyznaje zasady "nie wazne jak mowia, wazne by mowili", ma to tez swoje plusy. Teraz tylko trzeba wytrwac, by rozpoczete przez nas sukcesy, ktore pozwolily wejsc nam do historii swiatowego sportu, nie pozostaly wylacznie historia.

Dalysmy Wam prawo do oczekiwan, mogliscie praktycznie byc pewni naszego sukcesu, macie prawo do rozczarowania, ale w tym wszystkim pomyslcie czasami o tym, ze nas - ktore to w drodze po medal wylalysmy troche potu - boli to jeszcze bardziej.

W takich momentach ja opieram sie o najblizszych, unikam rozglosu i pozostaje mi tylko prosic: dajmy sobie wszyscy szane na nastepne radosci i sukcesy.